Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 października 2014

"Pompeje" Paula W.S. Andersona

Miłość w czasach zagłady

                      Pompeje – miasto, którego tragiczna historia i odkryte po latach ruiny, rozbudzają wyobraźnię i przedstawiają  doskonały materiał na ciekawy film. Mogą stanowić pole do popisu dla sprytnego reżysera i uzdolnionych twórców efektów specjalnych. Opowieść o mieście, które zostało zniszczone w 79 roku przez wybuch Wezuwiusza oraz odnalezione setki lat później mogłaby na nowo rozbudzić zainteresowanie typ epizodem historii starożytnej. Bo niby wiemy, że taki fakt miał miejsce, ale czy potrafimy pojąć taką katastrofę? W czasach, gdy tematy apokaliptyczne są dosyć modne i powstają takie produkcje jak 2012, film o Pompejach mógłby być ciekawym dopełnieniem ukazującym mini apokalipsę, która już kiedyś się dokonała, i której efekty możemy zobaczyć osobiście. Prawdopodobne, że z tych możliwości zdawał sobie sprawę Paul W.S. Anderson, gdy podjął się trudu nakręcenia filmu Pompeje. Szkoda tylko, że z potencjalnie ciekawej historii wyszła tandetna, schematyczna opowiastka miłosna, delikatnie wzbogacona średniej jakości efektami i marnym poziomem aktorstwa.
                Młody Celt Milo (Kit Harington), główny bohater filmu jako dziecko był świadkiem zagłady swojego ludu dokonanej przez Rzymian. Cudem udało mu się przeżyć lecz los go nie oszczędzał. Spędził życie na arenie walcząc jako gladiator. Wreszcie trafił do Pompejów, gdzie miał stoczyć walkę z Atticusem, któremu wygrana z Milo dawała szansę na wolność. Cały film kręci się wokół losów Celta, który po pierwsze zdobywa przyjaciela, po drugie ma okazję zemścić się na senatorze Corvusie (odpowiedzialnym za śmierć rodziny Milo), a po trzecie i najważniejsze spotyka miłość swego życia. Wybranką serca dzielnego gladiatora jest Cassia (Emily Browning). Niestety, jej ojcem jest Severus – najważniejszy obywatel miasta, na pewno więc nie pozwoliłby na taki mezalians. Ponadto Corvus ostrzy sobie zęby na piękną dziewczynę i postanawia zdobyć ją za wszelką cenę. Młodzi będą musieli zawalczyć o swoje uczucie. A w tle tych fikcyjnych wydarzeń stoi Wezuwiusz, przypominający o sobie od czasu do czasu trzęsieniami ziemi.
           Oglądając Pompeje odnosiłam wrażenie, że patrzę na uproszczoną i biedniejszą w szczegóły wersję Gladiatora. Chociaż historie Milo i Maximusa (główna postać z Gladiatora) są zupełnie różne, to łączy je sytuacja, w której obaj się znaleźli. Mowa oczywiście o chwili, gdy trafiają na arenę i mają okazję dokonać zemsty, rzucając wyzwanie osobom odpowiedzialnym za śmierć ich bliskich. W filmie Andersona pojawia się sporo scen walk, które są nawet nienajgorsze, ale też nie błyszczą w żaden sposób. Ot, po prostu zwyczajna potyczka jakich w kinie widzieliśmy już wiele. Brak tu jakiegokolwiek rozmachu. Także dobór Kita Haringtona do roli Milo nie okazał się udany. Dla mnie był nadal Jonem Snow z Gry o tron, jego rola ograniczała się do podobnych działań jak w popularnym serialu. Doświadczenie z pewnością pomogło mu wcielić się w postać Celta, lecz wciąż jest to tylko przeciętna rola, nie przykuwająca uwagi na dłużej. Skoro już jesteśmy przy serialach – wydaje się, że to właśnie one zaszkodziły wizerunkowi Pompejów. Teraz, gdy nawet produkcje telewizyjne, (nie wspominając o niektórych kinowych), tworzone są z wielkim rozmachem i poszanowaniem szczegółów, (warto oprócz Gry o tron wspomnieć chociażby Spartakusa), trzeba bardzo się nagimnastykować, aby wyreżyserować film na poziomie. Andersonowi się to zupełnie nie udało. Efekty specjalne owszem występują, jest jakaś akcja, (chociaż zdarzają się też nudne momenty), ale na mniejszą skalę niż można by oczekiwać. Film sili się na patetyczność. Muzyka – podejrzanie przypominająca tę z Gladiatora – wyniosłe postawy, piękne stroje, pseudo-filozoficzne maksymy wygłaszane przez poszczególnych bohaterów i próba ukazania jakiegokolwiek morału (postawa Atticusa), to działania, w założeniu, mające pokazać, że Pompeje, to film posiadający rozmach i głębszy sens. A wyszło z tego filmidło, dobre na nudne wieczory, ale godne zaledwie jednokrotnego obejrzenia i szybkiego zapomnienia.



Największy żal do Andersona mam za to, że nie skupił się na prawdziwej historii Pompejów. Sam wybuch Wezuwiusza wystarczyłby, aby uczynić film ciekawym, emocjonującym. Należało ukazać katastrofę miasta, nie posiłkując się mdłą historią miłosną. Motyw nieszczęśliwego uczucia niewolnika i godnie urodzonej panny, którzy zakochują się w sobie od pierwszego wejrzenia, nawet ze sobą nie rozmawiając, jest stary jak świat i już dawno się przejadł. Wspólne sceny Haringtona i Browning można uznać za udane, bo gdyby się zastanowić, to nie ma czego tutaj zepsuć. Ale na pewno nie jest to wątek, który byłby wart zapamiętania, w żaden sposób nie wpływa na nasze uczucia. Chyba, że w sposób zniechęcający do dalszego oglądania. Krótko mówiąc to typowy, standardowy i schematyczny aż do znudzenia motyw. Wielka szkoda, że dopiero pod koniec filmu możemy zobaczyć rekonstrukcję wydarzeń z 79 roku. Jednak pół godziny to dla mnie za mało, aby wiarygodnie oddać tragizm wybuchu wulkanu, który raz na zawsze zniszczył całe miasto i przekreślił życie jego mieszkańców. 

poniedziałek, 29 września 2014

"Dług" recenzja filmu Maddena

Punkt ciężkości

Czy jeden lubiany przez nas aktor wystarczy do tego, aby spojrzeć na daną produkcję przychylnym okiem? Do tej pory uważałam, że tak. I też dlatego skusił mnie film Dług z Helen Mirren, którą chciałam zobaczyć w innej roli niż przy poprzedniej okazji (w RED 2). Na temat treści filmu Johna Maddena wiele nie wiedziałam. Ot, tyle co oferuje krótki opis dystrybutora. Niestety, ta produkcja okazała się dla mnie jednym z rozczarowań filmowych bieżącego roku.
                Dług opowiada historię trójki agentów Mossadu, których łączy wspólny sukces, ale też wspólna tajemnica z przeszłości. Obecnie są już w wieku średnim, aby nie powiedzieć emerytalnym, dwoje z nich ma wnuka, a ich córka odniosła sukces, wydając książkę o największym zawodowym powodzeniu rodziców. Jednak tę sielankę brutalnie przerywają wieści o odnalezieniu się człowieka, który zna ich sekret, ukrywany przez wiele lat. Bohaterowie zmuszeni są zareagować pozostawiając ciepłe kapcie i ponownie wkraczając do akcji, inaczej ich ułożone życie może lec w gruzach. I w tym momencie, gdy niecierpliwie oczekujemy wartkiej akcji, śledztwa z udziałem znanych aktorów (tj. Helen Mirren, Ciarán Hinds, Tom Wilkinson), przychodzi rozczarowanie. Tych aktorów jest na ekranie bardzo mało, więc jeśli obsada stanowi główny powód Waszego zainteresowania tytułem – ostrzegam, że możecie być niezadowoleni. W chwili, gdy sytuacja powinna się rozwinąć reżyser wprowadza retrospekcje. Cofamy się o 30 lat i trafiamy w sam środek wydarzeń. Mamy okazję bezpośrednio poznać historię, która odegrała znaczącą rolę w życiu bohaterów.
                Oczywiste jest, że należało dobrać aktorów, tak aby chociaż trochę przypominali swoje starsze „ja”. Moim zdaniem osoba odpowiedzialna za to wyzwanie, poniosła całkowitą porażkę. Aktorka grająca młodą Rachel w ogóle nie jest podobna do Mirren, nie posiada też nawet dziesięciu procent aktorskiego talentu starszej koleżanki po fachu. Młodego Davida odgrywa Sam Worthington, a starszego Ciarán Hinds. Nie dostrzegam co ich łączy i dlaczego zostali tak obsadzeni. Natomiast Stephenowi (Tom Wilkinson) młodej twarzy udziela Marton Csokas. Aktorzy nie wypadają źle pod względem warsztatu, ale przez cały czas odczuwałam, że powinno się dobrać ich odwrotnie. Kilka razy mylili mi się i musiałam sobie przypominać, który aktor jest którym bohaterem. Nie dopasowano ich fizycznie i doprowadziło to do wizualnej niezgodności, która mnie bardzo utrudniała oglądanie.

                Aby nie wyglądało na to, że patrzę tylko na kwestie aktorstwa, a nie dostrzegam plusów w tym filmie, przyznam, że mocnym punktem jest zestawienie skrajnie różnych postaw bohaterów. Dług to produkcja z przesłaniem, która ma nas zmusić do myślenia i do stawiania sobie pytań – „co ja bym w tej sytuacji zrobił/a?”. Odpowiedź nie jest prosta. Cały film jest ukazaniem wątpliwości, które buzują w bohaterach – zarówno za czasów młodości jak i później. Film przedstawia bolesne skutki ludzkich czynów i ma zdecydowany moralny wydźwięk. Zderza ze sobą postawę, która każe być uczciwym człowiekiem, nawet kosztem własnego dobra, z egoistycznym podejściem do życia, w którym najważniejsze są osobiste sukcesy kosztem prawdy i porzucenia zasad. Dzięki takiemu potraktowaniu tematu film zyskuje napięcie, odebrane mu wcześniej poprzez niemal całkowitą rezygnację z wartkiej akcji.
                Z jednej strony cieszę się, że Madden poszedł inną drogą niż można się było spodziewać po opisie filmu, nie wybrał utartej ścieżki tworząc film klimatyczny, ale równocześnie trochę „ciężki”, nudny i ponury. Końcowe sceny z Helen Mirren nie przekonują. Chociaż sporo się w nich dzieje, to jednak za mało, aby przekonać widza, który zdążył się już do Długu zrazić. Byłby to o wiele lepszy film, gdyby reżyser inaczej osadził punkt ciężkości – powinien poświęcić kilka scen ukazujących wydarzenia z lat sześćdziesiątych, na korzyść wydarzeń dziejących się współcześnie. Myślę, że obraz byłby lepszy gdyby prowadzono równoległe narracje w sposób bardziej wyważony. Mnie ponury nastrój Wschodniego Berlina sprzed trzydziestu lat przytłoczył – być może taki efekt był zamierzony przez twórców, nie zmienia to jednak faktu, że za owym wrażeniem nie przyszło zainteresowanie. W tej części filmu, która powinna dostarczyć widzom najwięcej emocji zabrakło czegokolwiek, co mogłoby skupić naszą uwagę. Gdyby jeszcze na ekranie było więcej Helen Mirren mogłabym wybaczyć Maddenowi ten film, wszak nie byłby to dla mnie czas stracony. Ale niestety częściej mamy do czynienia z przeciętną Jessicą Chastain.

sobota, 20 września 2014

"Czas na miłość" Richarda Curtisa.

Nie patrz w tył - podziwiaj „teraz” i czekaj jutra.

Jak zareagowalibyście, gdyby niespodziewanie ktoś powiedział Wam, że posiadacie wrodzoną zdolność przenoszenia się w czasie? Pewnie najpierw uznalibyście, że ta osoba zwariowała albo robi sobie żarty, prawda? A gdy już dotarłoby do Was, że to jednak nie jest prima aprilis, pojawia się pewien dylemat, mianowicie co począć z tą wiedzą, jak ją wykorzystać?
W takiej sytuacji został postawiony Tim (świetny w tej roli Domhnall Gleeson), główny bohater nowego filmu Richarda Curtisa (To właśnie miłość, Cztery wesela i pogrzeb). W dwudzieste pierwsze urodziny chłopaka ojciec zaprasza go na poważną rozmowę i nieoczekiwanie oznajmia, że Tim, tak jak każdy mężczyzna w rodzinie, potrafi cofać się w czasie. Naturalnie, są pewne ograniczenia i zasady. Można wracać tylko do tych chwil, w których brało się udział. Nie ma więc szans, że nasz bohater np. zmieni bieg II Wojny Światowej. Ale i tak musi uważać, aby nie dokonać zbyt gwałtowanych i znaczących zmian w przeszłości, bo one rzutują na przyszłość nie tylko jego, ale całej rodziny. Jak więc nowo poznaną umiejętność zamierza wykorzystać nieco ciapowaty, nieśmiały Tim? Oczywiście przejdzie mu przez myśl, aby przekuć niepowodzenia w sukces i zbić fortunę, lecz szybko porzuci ten pomysł i postanowi znaleźć miłość życia! Do tej pory nie szło mu dobrze z kobietami, zawsze mówił lub robił coś niewłaściwego. Teraz ma jednak możliwość „wczytania gry” w dowolnym momencie, gdy tylko popełni jakąś gafę. W skutek tego nieraz wykonuje podobne czynności po kilka razy, aby odnaleźć receptę na szczęście, najlepszą z możliwych opcji. W myśl zasady praktyka czyni mistrza, Tim przy każdej podróży w przeszłość staję się odrobinę mądrzejszy, wie co się stanie i może próbować zmienić wydarzenia. Choć nie zawsze dzieje się to po jego myśli.
Nie jest to stricte komedia romantyczna. Owszem jest zabawnie i miło, jest też miłość. Bohater filmu dosyć szybko,  po kilku podróżach w tę i z powrotem zdobywa wybrankę serca, którą jest Mary. W tym momencie dostajemy film obyczajowy, co jest dobre, bo Curtis w ten sposób ucieka od nudy i patosu. Szybko okazuje się, że miłość (w polskim tłumaczeniu tytuł jest moim zdaniem mocno nietrafiony) to też więź z dziećmi, rodzicami, siostrą, miłość do samego siebie i świata. Lecz zaczyna pojawiać się też gorycz, smutek i rozczarowanie. Nieraz trzeba wybrać czy np. cofnąć się w czasie, aby pomóc przyjacielowi, czego skutkiem będzie utrata numeru do kogoś ważnego. Pojawiają się też pokusy, które obiecują przyjemność i to bez konsekwencji, bo przecież można coś przeżyć, a później wykasować to z historii. Tim dwoi się i troi, aby uczynić przyszłość jak najlepszą, lecz zapomina, że „największe problemy to te, o których nawet nie pomyślisz”. Ostatecznie staje przed trudnym wyborem, który każe mu wiele poświęcić. Czas na miłość to też film o dwojgu ludzi nie pasujących do schematu. Mary i Tim nie są ideałami piękna, ich zainteresowania odbiegają od mainstreamu, ale gdy stają na swojej drodze tworzą swój własny, wspaniały świat. Aktorka grająca Mary (Rachel McAdams) ma w sobie ogromne pokłady uroku i bardzo dobrze dogaduje się z Gleesonem, którego nieporadność rozczula i wzbudza sympatię. Richard Curtis postawił w tym filmie na sprawdzonych przez siebie aktorów, którzy znają się także z innych produkcji i najwidoczniej dobrze im się razem pracuje, bo tworzą udane zestawienie na ekranie. Do tego odpowiednio dobrana muzyka, ładne ujęcia i sukces gotowy. Jedynym minusem, który dostrzegam w Czasie na miłość jest duża niekonsekwencja w cofaniu się do przeszłości. Raz bohaterowie dokonują zmian, raz ich podróż nie ma żadnych następstw. A przecież nawet, gdy Tim wraca po to, aby spędzić czas tylko z ojcem i pozornie nie wpływa na otoczenie, nie ma go w tym miejscu, w którym był w poprzedniej wersji wydarzeń. Uważam, że efekt motyla musi zachodzić, wbrew temu, co sądzą bohaterowie.
Obraz Curtisa przedstawia nam gorzką, ale bardzo mądrą prawdę. Czasami, aby cos zmienić na lepsze, wystarczy spotkanie, szczera rozmowa i wzajemne wsparcie. Ojciec chłopaka, którego z imienia nie poznajemy, ale wizerunku użycza mu Bill Nighy, daje synowi najważniejszą lekcję w życiu. Trzeba pogodzić się z tym, co nieuniknione i dla odmiany spojrzeć w przyszłość. Nie narzekaj, odpręż się, a dostrzeżesz piękno świata, radość życia – wtedy podróże w przeszłość nie będą potrzebne.

czwartek, 18 września 2014

"Sierpień w hrabstwie Osage" - filmowa adaptacja sztuki Tracy Letts

Zamknij grono osób w ciasnym pomieszczeniu, a dowiesz się prawdy o nich…

Pewnie wielu z was nieraz miało okazję przekonać się o prawdziwości powiedzenia, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. Często na co dzień trzymamy się od krewnych na bezpieczną odległość. Każdy ma swoje życie i własne problemy, nikt nie chce sobie dokładać kolejnych, brać na barki zmartwień bliskich, z którymi połączyły nas tylko geny, a z którymi nie mamy wspólnych tematów. Gdy już zdarzy nam się rozmawiać przechwalamy się jakie cudowne życie prowadzimy. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie sytuacje zmuszające nas do spędzenia kilku godzin, a nie daj Boże dni w rodzinnym gronie. Nagle okazuje się, że gdy z pozoru idealna rodzina, spotyka się przy wspólnym stole na jaw wychodzą wszystkie małe i duże grzeszki, tajemnice, wzajemne żale i ogólna niechęć. Nagle dowiadujemy się o krewnych rzeczy, których nigdy byśmy się nie spodziewali, a początkowy, uroczysty nastrój chwili i pozorna radość ze spotkania pękają jak bańka mydlana. Oczywiście nie należy dramatyzować, jest sporo dobrych rodzin, których relacje przedstawiają się zgoła odmiennie od tego, co opisałam. Ale bohaterowie filmu Sierpień w hrabstwie Osage zdecydowanie należą do tej pierwszej kategorii i nikt nie nazwałby ich spotkania sielanką.
Beverly Weston to starszy pan, głowa rodziny, troskliwy mąż chorej na raka Violet i ojciec trzech dojrzałych córek. A jak twierdzi jego żona także mierny poeta i alkoholik. Pewnego dnia zatrudnia Indiankę do pomocy w domu, sam wychodzi na ryby i już nigdy nie wraca. Konieczność pochowania ojca spada na córki. Znerwicowana Barbara wraz z niewiernym mężem i córką, lekkomyślna i rozrywkowa Karen z nowym narzeczonym, samotna i skryta Ivy zjawiają się w rodzinnym domu, aby wesprzeć matkę w cierpieniu. Rodzina wraz z ciotką Mattie Fae, wujkiem Charlesem (fanem „trawki”) i ich synem, (pełnym kompleksów, rozchwianym emocjonalnie i niedowartościowanym „Małym” Charlesem), spotykają się na stypie. Początkowo nic nie zapowiada nadchodzącej tragedii. Stopniowo jednak rodzinne spotkanie przeradza się w piekło. Violet skutecznie prowokuje kłótnie, a na jaw powoli zaczynają wychodzić skrzętnie skrywane tajemnice. Okazuje się, ze krewni niewiele wiedzą o sobie nawzajem.
Barbra i Bill nie potrafią zdecydować czy chcą ratować własne małżeństwo, ich nastoletnia córka pali papierosy i nie spożywa mięsa, bo nie chce jeść „lęku zabijanego zwierzęcia”, czym wzbudza ogólne rozbawienie i salwy śmiechu. Ivy okazuje się skrywać problemy zdrowotne i gorszący romans. Narzeczony Karen jest człowiekiem wychowanym bez poszanowania tradycji i manier, wujek Charles buntuje się i staje wreszcie po stronie „Małego” Charlesa, wyśmiewanego przez matkę, która dochodzi do wniosku, że zawiodła się na swoim dziecku. Jak widać wszyscy mają wiele za skórą i wystarczy mała iskra, aby rodzinna bomba wybuchła. Tą iskrą jest cięty język Violet, której nic nie jest w stanie powstrzymać od ranienia każdego, kto znajduje się w zasięgu wzroku. Jest osobą nieszczęśliwą z powodu swojej choroby, lecz głównie, dlatego że trawi ją niechęć do świata, poczucie okrucieństwa losu, niezadowolenie z życia. Czerpie radość z sączenia jadu w dusze najbliższych, których uważa za ciągle narzekających niewdzięczników, a przecież nikt nie ucierpiał w życiu tak jak ona. Na deser zostawia sobie złośliwe komentarze skierowane w stronę Indiańskiej służącej. Odnosi się wrażenie, że im bardziej gęstnieje atmosfera wzajemnej niechęci tym ona czuje się lepiej. A gdy rodzina wreszcie rozbija się o górę lodową, ona spokojnie pali papierosa za papierosem i przygląda się swojemu dziełu.
Reżyser zabiera nas na prowincję hrabstwa Osage, co w praktyce oznacza wiele dróg, po których rzadko coś jeździ, morze wyschniętej trawy, które nuży oko widza, domy stojące w centrum pustki. Bohaterowie są przyzwyczajeni do upału – jak opowiada Barbara – zabijał nawet tropikalne ptaki, które próbowała kiedyś trzymać. Akcja filmu jest bardzo statyczna. Większość wydarzeń ma miejsce w domu, ewentualnie wokół niego. W środku jest gęsto od starych mebli, sfrustrowanych ludzi, niemal czuć w powietrzu zaduch, a do tego dochodzi przytłaczająca czerń strojów i leniwie pracujący wiatrak. Wszystko to sprawia, że film nabiera specyficznego klimatu i nostalgicznego nastroju, który ma na celu wywrzeć w widzu podobne uczucia, jak te targające bohaterami. Na pewno centralną sceną filmu jest ta podczas, której rodzina spotyka się na wspólnym posiłku. To ten moment jest swoistym punktem zapalnym. Późniejsze wydarzenia są pokłosiem rozmów toczonych w tym czasie, efektem poruszenia pewnych delikatnych strun i dotknięcia czułych miejsc. I z pozoru statyczny obraz ożywiają dynamiczne rozmowy. Akcja filmu skupia się na wzajemnych relacjach, dialogach (lub ich braku, co także ma znaczenie). To nie produkcja, w której zaznamy gwałtownych emocji za sprawą wartkiej akcji, pościgów czy strzelanin. Lecz wrażeń i emocji nie brakuje. Bohaterowie aż kipią od ich nadmiaru. Widać, że na powierzchnię pragną wydobyć się wszystkie, od lat powstrzymywane żale i pretensje.
W tej sytuacji nie sposób pominąć kwestię aktorów. To oni są najważniejszą częścią filmu. Uraczono nas gronem wybitnych nazwisk poczynając od Meryl Streep, poprzez Julię Roberts, Margo Martindale, aż do Julianne Nicholson i Juliette Lewis – najważniejsze role kobiece. No i oczywiście są jeszcze m.in. Chris Cooper, Ewan McGregor i Benedict Cumberbatch. Panowie nie wybijają się ponad poziom, ale chyba nie to było ich zadaniem. Udanie grają drugie skrzypce i tworzą tło dla ról kobiecych. Te z kolei są znakomicie napisane, bardzo rzucają się w oczy. To właśnie damskie relacje – Violet i jej córek oraz Violet i jej siostry z ich matką – są najważniejszą kwestią filmu, pokazując jaki wpływ na życie dziewczynki ma matka. Wspaniałym choć przejmującym przeżyciem jest patrzenie na to jak młodsze aktorki pokazują emocje córek i ich skrajne reakcje. Ale i tak, jak to zwykle bywa w przypadku tej aktorki, to Meryl Streep jest gwiazdą wieczoru. Jeśli ktoś wątpił w to, że ta pani jest numerem jeden światowego kina, jeśli uważał, że Streep nie zasługuje na trzeciego Oskara i uznanie, którym się cieszy – szybko zmieni zdanie. Rola Violet Weston jest kropką nad „i” w karierze tej aktorki, ciosem między oczy i całkowitym nokautem. Teraz, gdy wydaje się, że osiągnęła już wszystko, może w pełni bawić się aktorstwem. Nie musi nic udowadniać niedowiarkom, a mimo to pokazuje pełnię swojego mistrzostwa.

Sierpień w hrabstwie Osage ukazuje grupę smutnych, nieszczęśliwych ludzi. Lecz nie brakuje w nim humoru. Przecież scena spotkania na stypie jest momentami bardzo zabawna. I to jest właśnie najlepsze w tym filmie – potrafi być równocześnie śmieszny jak i tragiczny. Przy czym z każda kolejną sceną i bohaterom i widzom jest coraz mniej do śmiechu, tak jakby wszyscy przewidywali smutny i gorzki koniec. Warto Sierpień w hrabstwie Osage zobaczyć dla jego humoru, świetnego aktorstwa, a przede wszystkim, dla bolączek i problemów tej rodziny, która być może uświadomi nam czy w naszych relacjach rodzinnych jesteśmy na dobrej drodze czy nie.

poniedziałek, 8 września 2014

Dramat, który jest komedią - recenzja "Grand Budapest Hotel"


Wes Anderson  to na razie reżyser o stosunkowo niewielkim dorobku, ale już kojarzony chociażby z takich filmów jak „Rushmore”, „Genialny klan” czy „Kochankowie z Księżyca”. Doceniono go za charakterystyczny styl, ironiczny dowcip i symetryczne zagospodarowanie przestrzeni kadru.      I tych elementów nie można nie dostrzec także w jego najnowszym filmie „Grand Budapest Hotel”, w którym humor i absurd wygrywają z dramatem spychając go na drugi plan. Bo chociaż film nie kończy się happy endem, to widz niespecjalnie to zauważa i przeżywa.
                Główna opowieść zamknięta jest w klamrę kompozycyjną. Moustafa, właściciel podupadającego hotelu, powraca we wspomnieniach do lat młodości i przekazuje swoją historię pewnemu pisarzowi (w tej roli Jude Law). Spotkamy ich ponownie na końcu filmu, ale najważniejsze jest to, co w środku. Grand Budapest to słynny, przedwojenny hotel, posiadający konsjerża jedynego w swoim rodzaju. W rolę portiera Gustava wciela się rewelacyjny Ralph Fiennes, a towarzyszy mu młody boy hotelowy Zero. Gustave nawet nie spodziewał się, że za sprawą romansu z pewną starszą panią, zostanie wciągnięty w historię kryminalną. Madame D. została zamordowana, lecz wcześniej zdążyła przepisać na swojego kochanka z hotelu, niezwykle cenny obraz Chłopiec z jabłkiem, a jak się później okazuje napisała także drugi testament, który zaginął w tajemniczych okolicznościach. Pech chciał, że zaginął także kamerdyner – jedyny człowiek znający prawdę, a wszyscy członkowie rodziny Madame bardzo pragną zdobyć obraz. Prym wśród nich wiedzie jej syn Dymitri (Adrien Brody). Gustav kradnie dzieło, które przecież prawnie mu się należy, a następnie zostaje oskarżony o zabicie starszej pani. I w tym miejscu zaczyna się najlepsza część filmu, w której jedni będą gonić, a drudzy uciekać, od czasu do czasu zamieniając się rolami.
                „Grand Budapest Hotel” to film, do którego realizacji zatrudniono grono najwybitniejszych aktorów. Tych bardziej i mniej znanych nie dałoby się wyliczyć nawet na palcach obu rąk. Oprócz wcześniej już wymienionych są to m.in. Willem Dafoe, Edward Norton, Jeff Goldblum czy Harvey Keitel.  Często jednak bywa, że film z taką ilością gwiazd wcale nie świeci mocniej od innych ani nie tworzy udanej konstelacji. Ale Wes Anderson na szczęście ustrzegł się tego problemu. Nie ma tu żadnego słabego punktu. Wszyscy aktorzy, chociaż niektórzy zostali obsadzeni w epizodycznych rolach, błyszczą swoim własnym, niepowtarzalnym blaskiem. Jednak na czele stawki stoi Tony Revolori, praktycznie nieznany chłopiec, który wcielił się w postać boya Zero. Może się wydawać, że przez cały film ma ten sam wyraz twarzy, ale wierzę, że jest to zabieg celowy, bo jego bohater jest tak genialną postacią, że w niektórych scenach przyćmiewa nawet Fiennesa. A jego poważna mina i cicha zgoda na wszystko, co dzieje się wokół podkreśla komizm tego filmu.
                Humor jest obecny w dziele na różnych płaszczyznach. Zarówno poprzez dialogi jak i sposób w jaki niektóre sceny zostały nagrane. Bo „Grand Budapest Hotel” to film bardzo charakterystyczny i sądzę, że nie każdego przekona stylistyka Andersona. Mnie kojarzy się ona mocno z niektórymi filmami Burtona czy z „Parnassusem” Terry’ego Gilliama.  Wszystko tu jest przekoloryzowane, w scenach hotelowych barwy są tak przejaskrawione i cukierkowe, że oczy mogą zaboleć. Szczególnie widać to w scenach jazdy wściekle czerwoną windą. Także stroje Gustava i Zero są barwne i rzucają się w oczy. Natomiast, dla kontrastu, Dimitri, jego siostry i człowiek od brudnej roboty Jopling chadzają odziani w czerń tak iż wyglądają jak wyjęci z planu kolejnej części „Ojca chrzestnego”.
                W tym filmie absurd goni absurd. Niektóre sceny są bardzo groteskowe, humor wysublimowany, co tylko wzmaga śmiech u widza. Są też takie zabawne momenty, gdy obraz w niemożliwy sposób przyspiesza. Jest tak na przykład w scenie pościgu głównych bohaterów za Joplingiem. W efekcie, raz z perspektywy trzecioosobowej, raz patrząc oczami Zero, a raz z lotu ptaka obserwujemy szaleńczą pogoń z prędkością formuły 1. Komiczna jest też scena ucieczki Gustava z więzienia, W rzeczywistości to nie mogło się przecież udać. I tu kolejne silne skojarzenie, tym razem ze „Skazanym na Shawshank”. Przy tematyce więziennej zostając, trzeba zaznaczyć, że zarówno Keitel w roli łysego bandziora, jak i Norton – ambitny policjant – wypadają niezwykle przekonująco.
                Bardzo  udanie operuje się tutaj kamerą, czasami stosując plan pełny, a czasami tez półzbliżenia jak podczas wcześniej wspomnianego zjazdu Gustava i Zero na sankach za Joplingiem. Muzyka jest też ważnym elementem, współgrającym odpowiednio z obrazem w celu spotęgowania komizmu. W efekcie czasami słyszymy niemalże podkład pod występ cyrkowego komika, a czasami (szczególnie Dymitrowi) towarzyszy patetyczna, budząca grozę nuta.
                Jedynym co wg mnie zgrzyta w tej historii jest obecność poezji. Gustave, jeden z ostatnich romantyków, nie nadający się do czasów w jakich przyszło mu żyć, uwielbia recytować wiersze. Z jednej strony jest to niezwykle zabawny element. Bohaterowie nie rezygnują z poezji nawet, gdy gonią ich przedstawiciele prawa. Jednak film mógłby obyć się bez tego, mimo że prędkość z jaką deklamuje Gustave jest godna podziwu. Szczególnie, że polskie napisy są bezwzględne dla tych, którzy nie zainwestowali w kurs szybkiego czytania.
„Grand Budapest Hotel” to z pewnością film niezwykle oryginalny i zabawny. W sposób wyrafinowany okraszony ironią, groteską, ubrany w jaskrawy kostium. I chociaż zakończenie zostawia po sobie gorzki smak, to dzieło Andersona warte jest obejrzenia.