Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marvel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marvel. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 września 2014

Recenzja filmu "Wolverine

                 
Przełamując uprzedzenia.


Zdążyliśmy już chyba przyzwyczaić się, że w kinie w ostatnich latach produkcje związane ze  studiem Marvela wyrastają jak grzyby po deszczu. Wygląda na to, że wytwórnia trafiła na prawdziwą żyłę złota i szybko z niej nie zrezygnuje. Nie jest moim zamiarem wymienianie wszystkich komiksów Marvela, które zekranizowało studio, ale na te z ostatnich lat warto zwrócić uwagę. Zalała nas fala superbohaterów takich jak Thor, Iron Man czy Wolverine, a niedawno także Kapitan Ameryka. Każdy z nich ma kilka osobnych odcinków poświęconych tylko jemu. Dodatkowo w 2012 roku wyszedł film Avengers(następna część ma wyjść już w 2015 roku), w którym pojawiają się prawie wszystkie wymienione postaci (nie ma Wolverina). Nadal nie nudzą nam się bogate w szybką akcję i efekty specjalne opowieści o herosach. Możemy przebierać w tych filmach jak w ulęgałkach. Moim numerem jeden jest saga  X-men, oglądam wszystkie części, a teraz przyszła kolej na Wolverina z 2013 roku.
                Nie ukrywam, że Wolverine – nieśmiertelny mutant, odporny na wszelkie zranienia, posiadający ogromną siłę i długie, wyrastające z ciała szpony – jest najmniej lubianą przeze mnie postacią w całym cyklu. Niby to główny bohater, ale ani sama postać ani Hugh Jackman w tej roli do mnie nie przemawiają. Zdecydowanie ciekawsi są Magneto, Storm czy Jean. Pewnie nie obejrzałabym Wolverina, gdyby nie był częścią tej historii, chciałam jednak zachować pewną ciągłość. Odcinek poświęcono wyłącznie tytułowej postaci i inne, znane z poprzednich części, tutaj nie występują. Wolverine ukazuje co działo się z Loganem po wydarzeniach z X-men: Ostatni bastion. Na pewien czas zaszył się on daleko od świata, w samotności przeżywając osobistą stratę, do której przyczynił się w poprzednim filmie. Wszystko zmienia się, gdy odnajduje go Yukio, młoda Japonka, o wściekle czerwonym kolorze włosów i dużym talencie do władania samurajskim mieczem. Jest wysłannikiem Yashidy – człowieka, któremu w czasie wojny Wolverine uratował życie. Mężczyzna umiera i pragnie ostatni raz zobaczyć się ze swoim wybawcą. Już w Tokio Logan poznaje syna Yashidy, który pragnie przejąć po ojcu rodzinną firmę, oraz Mariko, wnuczkę umierającego, której według testamentu ma przypaść cała fortuna. Pan Yashida ma dla Wolverina nietypową, lecz kuszącą propozycje, na której obaj mogą skorzystać, i od której rozpoczyna się właściwa akcja. Mutant trafia w sam środek spisku uknutego przeciwko niemu, musi ratować swoje życie, a przy okazji zobowiązuje się zaopiekować Mariko. Na jego drodze stają nowi przeciwnicy, m.in. Harada, dawny ukochany Mariko i znakomity wojownik, a także Viper, mutantka o wyjątkowo trującej mocy. Na szczęście bohaterowi prawie cały czas towarzyszy nieulękła Yukio.
                Wolverine pozytywnie mnie zaskoczył i co ciekawe, odrobinę przekonał do postaci Logana. Tutaj jego niezwykłe cechy są bardziej widoczne, rzucają się na pierwszy plan, gdy w X-menie przyćmiewają go koledzy-mutanci o bardziej widowiskowych umiejętnościach. Film trzyma w napięciu prawie od pierwszej minuty. Tak jak w innych produkcjach cyklu, tak i tutaj uraczono nas ogromną ilością scen walki, wyglądających nieraz bardzo ciekawie, chociaż np. sekwencja na dachu najszybszego w Japonii pociągu wydaje się nieprawdopodobna. Ale skoro mamy świat, na którym ludzie żyją obok mutantów, to przecież wszystko jest możliwe i o tym trzeba pamiętać oglądając ten film. Dzięki osadzeniu akcji w Kraju Kwitnącej Wiśni obraz stał się bardzo urozmaicony. Wprowadzono interesujące postaci i wątki, nawiązano do tragedii Nagasaki. A przy tym pokazano, cieszące oko, sceny pojedynków w iście japońskim stylu. Na szczęście nie przypominają słabych produkcji z niższej półki. Dla mnie, jako osoby lubiącej książki Jamesa Clavella (pisał o Chinach i Japonii na przestrzeni kilku wieków), sporym walorem było ukazanie tradycji, obyczajów i kultury Japończyków. A równoczesnie widzimy na ekranie postęp cywilizacyjny, ciekawe nowinki techniczne. Nawet Yukio posiada dosyć nowoczesny wizerunek, nijak ma się do dawnych kanonów, przypomina trochę postać z mangi, ale to tylko luźne skojarzenie. Jest na pewno jedną z najbardziej sympatycznych postaci w przeciwieństwie do Mariko (zastanawia mnie czy to jakieś nawiązanie do Shoguna Clavella?), którą od początku darzę niezrozumiałą niechęcią i żadne filmowe wydarzenia nie były w stanie zmienić mojej opinii.
                Interesująco wypadają też sceny, w których występuje Jean – ukochana Wolverina. Z jednej strony można je potraktować jako zabiegi retardacyjne, z drugiej strony służą ukazaniu wewnętrznych problemów bohatera. Zastajemy Wolverina w naprawdę trudnym dla niego okresie i obserwujemy proces ponownego „narodzenia” się tego bohatera.

                Oczywiście klimat Japonii, sceny walki i nawet najlepsze efekty specjalne to nie wszystko. Jest wiele ważnych elementów, które w Wolverinie nie rzucają się w oczy np. aktorzy czy muzyka. Natomiast wyraźnie widać pewną sztampowość i powtarzalność motywów, która może męczyć, jeśli oglądamy za dużo tego typu produkcji. Dlatego radzę robić sobie przerwy między kolejnymi odsłonami komiksów Marvela. Mimo to zachęcam do oglądania każdej z nich. Czasami warto się przełamać i spojrzeć przychylnym okiem na nielubianego bohatera. Olśnienia nie doświadczymy, ale możemy nieźle się bawić oglądając ten film. 

czwartek, 4 września 2014

Bo czarny charakter to podstawa... - recenzja "Thor: Mroczny świat".

Recenzja filmu "Thor: Mroczny świat"

                                                 Bo czarny charakter to podstawa...
Źródło: http://www.filmweb.pl/
Z pewnością wielu widzów ma nadal w pamięci Thora i Avengers, głośne ekranizacje komiksów Marvela. Adaptacja historii młodego  boga z Asgardu, który zostaje pozbawiony mocy i musi udowodnić, że jest godny, by zostać królem, sięga do skandynawskiej mitologii i ukazała się w 2011 roku. I chociaż kojarzy się często z kiczem i sztucznością, to film zyskał sobie spore grono fanów.
            8 listopada do polskich kin weszła kontynuacja przygód superbohatera, czyli Thor: Mroczny Świat. Niestety widz został postawiony przed trudnym wyborem – może iść na wersję z napisami lecz w trój wymiarze lub w 2D, ale z dubbingiem. O polskim dubbingu wiele już zostało powiedziane i napisane więc chociaż nie przepadam za efektami 3D,  wybrałam mniejsze zło. I tutaj pierwsze, małe rozczarowanie, a wręcz zniesmaczenie. Bo nawet wersja z napisami woła o pomstę do nieba. Nie wiem, kto takie tłumaczenie zaakceptował, ale nie dość, że nijak ma się ono do oryginału, to momentami jest wręcz niesmaczne. Kojarzy się z amatorskimi przekładami, jakie można nieraz znaleźć w Internecie.  Trój wymiar jest słabo dostrzegalny, a nawet przeszkadza, bo nieraz obraz jest za ciemny. Szkoda.
Tym razem Dziewięciu Światom zagraża plemię Czarnych Elfów pod wodzą Malekitha. Chcąc zdobyć moc jaką daje tajemniczy Eter posłużą się ukochaną Thora – ziemianką Jane. Aby pokonać zło Thor będzie musiał dojść do porozumienia z wyrodnym bratem Lokim, który w lochach Asgardu odsiaduje karę po zamieszaniu jakiego dokonał w Avengers. A że jest on mistrzem iluzji, czarną owcą w rodzinie, nie zabraknie chwil zwątpienia, po której jest stronie i co tak naprawdę chce ugrać.
            Film stanowi przykład udanej kontynuacji. Jest po prostu o poziom wyżej niż poprzednie części. Nadal razi zestawienie statków kosmicznych, potworów i bogów z normalnym światem, przywodzące na myśl amerykańskie filmy katastroficzne, czy widok ubranego w zbroję Thora, który w czasie decydującego starcia wybiera się na przejażdżkę metrem. Za to początek filmu może niektórym kojarzyć się  z pierwszymi scenami Władcy Pierścieni, jest bardzo klimatyczny, a przedstawienie Asgardu oraz pokrewnych mu światów, a także sceny walki robią duże wrażenie. Do tego dochodzi wyśmienita muzyka Briana Tylera (Iluzja, Constantine).          
Na minus należy zaliczyć powierzchowne potraktowanie głównego przeciwnika Thora. Christopher Eccleston zagrał wybornie, także specjaliści od charakteryzacji dobrze wykonali swoją pracę. Ale zamiast nic nie wnoszących scen drugoplanowych postaci, można było postarać się o pogłębioną analizę motywacji Malekitha.
Źródło: http://www.film.gildia.pl/
            Chris Hemsworth, czyli odtwórca głównej roli widocznie popracował nad swoją rolą, bo jest o wiele lepiej niż w poprzednich częściach. Lecz jego Thor to nadal po prostu typowy mięśniak - przystojniak, który woli walkę niż rozmowę. Spacerowanie przed kamerą z odsłoniętym torsem i słodkie uśmiechy mogą wywoływać u żeńskiej części widowni zachwyt, ale aktor musi się pogodzić z tym, że to Tom Hiddleston jest ulubioną postacią większości widzów. Nie jest rzadkością, że wolimy czarne charaktery, są bardziej wyraziste, budzą skrajne emocje. Loki, brat Thora nosi w sobie jakąś tajemnicę, niepokoi nas jego rozdarcie wewnętrzne, tragizm postaci, przez co to jemu zaczynamy kibicować. Jesteśmy świadkami dokonującej się w nim przemiany, co aktor potrafi doskonale pokazać, nawet, a może przede wszystkim, w statycznych scenach, stosując minimalną ilość środków. Trudno uwierzyć, że Hiddleston, aktor grający szekspirowskie role, jest prawdziwym brylantem w całej serii, a w najnowszym filmie bije samego siebie z poprzednich odcinków.

            Mimo wielu minusów Thor: Mroczny świat jest wart obejrzenia, przede wszystkim ze względu na wyśmienitą rolę Hiddlestona, dobre tempo akcji, humor oraz zaskakujące zakończenie, które zostało w sali kinowej podsumowane odgłosami ulgi i brawami.