W
1904 roku sir Younghusband uzyskał u Dalajlamy zgodę na wyprawę brytyjską w
Himalaje. Od tego momentu datuje się długą historię podboju najwyższego szczytu
świata, Mount Everestu. Po tybetańsku zwana Czomolungmą (Boginią Matką Ziemią)
leży na granicy Tybetu i Nepalu, a miejscowa ludność uważa górę za miejsce
zamieszkania bogów. Najwyższy szczyt świata
mierzący sobie 8848 m.n.p.m., stanowi wielkie marzenie i nieustanny cel wspinaczek himalaistów. Jest
też niebywałym wyzwaniem, nawet dla najbardziej doświadczonych. A przede
wszystkim stanowi dowód na przewagę natury nad jednostką ludzką.

Film
relacjonuje szczegółowo przebieg wyprawy i przyczyny katastrofy, na które
składały się m.in. niedociągnięcia organizacyjne. Podczas wspinaczki okazało
się, że nie zostały wcześniej założone poręczówki, zabezpieczające drogę. Ekipa
musiała sama o to zadbać, tracąc cenny czas. Do tego komercjalizacja wypraw na
Everest sprawiła, że zbyt wiele osób chciało zdobyć szczyt w najbardziej
dogodnym terminie, tj. na początku maja. Tłok i kolejki w drodze na górę
przedłużały oczekiwanie, powodowały wyziębienie i nadmierną utratę tlenu. Ekipa
Roba Halla, ( w tej roli Jason Clarke), połączyła się z inną, pilotowaną przez Scotta
Fischera (Jake Gyllenhaal). W ten sposób chcieli sprostać oczekiwaniom swoich
klientów, wspólnie wprowadzając ich na szczyt. Film dobitnie pokazuje jak ważny
był dla obu firm sukces przedsięwzięcia, za które każdy z uczestników zapłacił zadziwiającą
sumę 65tys dolarów. Do tego firma Halla odczuwała presję sponsorów, dla których
kolejny rok bez klienta na szczycie, stanowiłby spore problemy, o czym otwarcie
wspominają bohaterowie filmu. Presja z
różnych stron doprowadziła do nieszczęścia, Hall za wszelką cenę chciał
wprowadzić swoich, często zupełnie niedoświadczonych i niezdatnych do
wspinaczki, klientów na szczyt Everestu. W rezultacie o godzinie 14, którą
wyznaczono jako ostatni bezpieczny moment na zejście, część osób wciąż dążyła w
górę. Nie wszystkim udało się szczęśliwie dotrzeć powrotem do obozu. Zginęli
nie tylko laicy, ale też Rob Hall i Scott Fischer. Przeżył m.in. dziennikarz Krakauer, który
napisał później wspomnienia „Życie za Everest”.
Obsada
filmu Kormakura przedstawia się bardzo interesująco – Jason Clarke, Josh Brolin, Robin Wright, Emily Watson i
oczywiście Gyllenhaal – nie dość, że wykonują kawał dobrej roboty, to są jeszcze
bardzo podobni do pierwowzorów. Zgrzytał mi w filmie jedynie udział Keiry
Knightley jako ciężarnej żony Roba Halla. Natomiast ubolewam nad tym, że
Gyllenhaal, jako jedna z najciekawszych i najlepiej zagranych postaci, został
potraktowany wręcz po macoszemu. W pewnym momencie nieco o nim zapomniano, a
szkoda. Mimo że Fischer nie był najważniejszą osobą ekspedycji, to jednak można
było postarać się o mocniejsze wyeksponowanie go, a co za tym idzie o więcej
scen świetnego aktorstwa. Ale tak naprawdę to nie aktorzy są tutaj
najważniejsi. Reżyser oddał hołd Everestowi przedstawiając go poprzez
przepiękne ujęcia, udanie użyte efekty specjalne, podrasowane dobrą ścieżką
dźwiękową. W ten sposób góra stała się prawdziwą Królową tego filmu, najlepszą
i najważniejszą jego aktorką. A to, jeśli wziąć pod uwagę przesłanie filmu,
bardzo istotne. Z resztą - słowo „jeśli” jest tu nieco nie na miejscu… morał
oraz przemyślenia jakie nasuwają się w trakcie oglądania i już po seansie są
najistotniejszą kwestią.
„Everest”
to nie sucha i rzeczowa relacja z przebiegu wyprawy, to nie tylko popis speców
od efektów specjalnych, nie tylko wizualna orgia. To przede wszystkim opowieść
o zmaganiu się człowieka z żywiołem oraz z samym sobą, z własnymi
ograniczeniami i lękami. To film o dążeniu do realizacji marzeń, często nawet
za wszelką cenę, czego najlepszym przykładem jest postać Douga Hansena. To
także pokaz ludzkiej determinacji i pragnienia, aby młodszym pokoleniom
przekazać wzniosłe idee. Dowód na to jak silna jest pasja, ale też nieraz
potrzeba usatysfakcjonowania sponsorów, prowadzące do tego, że mąż zostawia
ciężarną żonę, mimo świadomości, że może nigdy z gór nie wrócić. To wreszcie
opowieść o ludzkim egoizmie, lekkomyślności, pysze i poczuciu wyższości wobec
natury. Straszny, ale też chyba potrzebny ludziom, okazuje się być prztyczek w
nos ze strony sił przyrody. Everest udowadnia, że to on dyktuje warunki, że
jeśli ktoś zdobywa szczyt, to dlatego że góra mu na to pozwoliła. I przede
wszystkim Kormakur przekazuje widzom istotną prawdę – że są siły na świecie,
których człowiek, nawet świetnie znający się na rzeczy, nie jest w stanie
przewidzieć, a przyroda lubi płatać figle. W kontakcie z taką potęgą, jak
Korona Ziemi, nie można niczego być pewnym, nie wolno pozwolić sobie na zbytnią
swobodę czy brawurę. Nie bez przyczyny Everest ma taką, a nie inną sławę. I
musimy uświadomić sobie, że są miejsca, rzeczy i niewiadome, których nigdy nie
będziemy w stanie całkowicie zgłębić, odkryć czy nad nimi zapanować. Nie za
wszystko możemy wyznaczyć cenę, nie wszystko da się skomercjalizować. Wręcz nie
powinniśmy do tego dążyć. Zostawmy chociaż część tej potęgi i tajemnicy naturze
i Bogu.
Korona Ziemi to siedem szczytów na siedmiu kontynentach! Everest nie jest Koroną Ziemi! Jest nazywany za to dachem świata!
OdpowiedzUsuń